logotype

2019: Elbrus

 

 

 

SIADŁ I POJECHAŁ - ELBRUS 2019 


Plan na ten sezon był bardzo bogaty. Głównym bohaterem miał być Wojownik. Szykowałem się do niego już od poprzedniej jesieni. Odebrać od wykonawcy wózek boczny, wyremontować silnik i skrzynię biegów ze wstecznym. I jak zwykle wszystko na ostatnią chwilę bez możliwości objeżdżenia na spokojnie nowinek. Skończyło się tym że 4-krotna próba wyjazdu do Rosji kończyła się w dwóch przypadkach powrotem na lawecie.
Weekendowy wyjazd Vulcanem na Ukrainę i do Rosji to było za mało. W połowie września oglądając zdjęcia z wycieczki przyjaciół Rosjan na Kaukaz pomyślałem że ja też mogę. Przed tak długa wycieczką musiałem oddać motocykl do serwisu, co niestety opóźniło wyjazd o tydzień.

Dzień 1 (21.09)

Nareszcie w siodle. Jadę. Kierunek przejście w Dorohusku i dalej na Kijów. Tradycyjnie odwiedzam Bidę. Śniadanie trudne do przejedzenia. Odprawa po polskiej stronie szybka, potem godzinne oczekiwanie na wjazd do ukraińskiej zony. Przy ukraińskiej odprawie spotykam znajomego motocyklistę którego kilka lat temu poznałem w hurtowni akcesoriów meblowych a później poprawiłem znajomość we Lwowie. Jechał ze znajomymi na Polesie. Moja droga prosta, pusta a asfalt przyzwoity i tak do wieczora do miasteczka Irpień (20 km przed Kijowem) gdzie znajduję nocleg. Jeżdżąc po Rosji i po krajach byłego ZSRR zauważyłem pewną prawidłowość: jak drogi poza miastami i miasteczkami są przyzwoite tak są koszmarne w ich granicach. Dziury, koleiny, garby to norma. Do tego duży ruch samochodów i pieszych, jeżdżących i chodzących po uważaniu.

Dzień 2 (22.09)

Niedziela. Śniadanie i szybki przejazd przez Kijów do Bykowni. Jeden z czterech cmentarzy katyńskich. W tym miejscu byłem z 10 lat temu kiedy jeszcze nie było wybudowanego memoriału. Były tylko drzewa, zdjęcia przybite do tych drzew i krzyże stawiane przez krewnych pomordowanych. Przez kilkadziesiąt lat władzy bolszewików w tym lesie pochowano oprócz polskich oficerów przedstawicieli wszystkich narodów ZSRR. Na dzień dzisiejszy są dwa cmentarze: polskich oficerów i Ukraińców. Zamysł architektoniczny taki jak w Miednoje , Katyniu i Piatichatkach czyli ołtarz na tle ściany z nazwiskami pomordowanych, symbole religijne pomordowanych, dzwon pamięci i alejki z płytami z danymi pomordowanych. Tylko tu wszystkie te elementy wykonane są z szarego granitu. Na pozostałych cmentarzach z zardzewiałego żeliwa.
Ochrona jest łaskawa i puszcza mnie na motocyklu w głąb lasu. Cisza. Dziwne ale w tych miejscach ptaki nie śpiewają. W nawigacji mam ustawioną wieś Prochorowkę (Rosja), miejsce największego starcia wojsk pancernych II wojny światowej.

Na Ukrainie asfalt jest dobry tylko do Kijowa a dalej to szkoda słów. Co jakiś czas amortyzacja dobija na zero, ale jadę. Omijam Sumy i przede mną ostatnie 40 km do granicy. Droga się zwęża, zaczyna też brakować asfaltu, lawiruję między jamami. Mam coraz większe wrażenie że nawigacja prowadzi mnie dosłownie w pole. W napotkanej wiosce pytam się czy dojadę do granicy i czy puszczają inastrańców. Podobno jadę bardzo dobrze ale nie jestem do końca przekonany. Kończą się drzewa i wyjeżdżam na pole. Na górce stoi barak i kilka samochodów. Czyżby to już granica? Z baraku wychodzi żołnierz z kałachem i pyta „ot kuda?” z Polski? To zawracaj, tędy nie przejedziesz, to nie jest przejście międzynarodowe przez duże M tylko lokalne. Koniec dyskusji. 40 km po dziurach do Sum i z Sum na Kursk. Podobno to jest to właściwe przejście Międzynarodowe. Zobaczymy? Po kilku dniach okazało się że na tych 40 km x 2 kamień dostał się na pas napędowy i wgniótł w nim pośrodku szerokości dziurę. W lekkim deszczu pod wieczór dojeżdżam do przejścia. Pusto a i tak zeszło 2,5 godziny. Czekając w kolejce do rosyjskiej odprawy rozmawiam z Ukraińcem w zdezolowanej wołdze gdzie wszystko trzyma się na słowo honoru a w środku ma trochę mniej mokro niż ja na zewnątrz. Celnik rosyjski jest wyjątkowo skrupulatny, czepia się o każdą kropkę i przecinek. Jak kończę odprawę to zaczyna się ulewa co jest nową tradycją w tym roku przy wjedzie do Rosji, potwierdzona kilka tygodni później przy wyjeździe do Konakowa. Na nocleg miałem dojechać do Kurska 120 km ale przy takiej ulewie szukam najbliższego noclegu 5 km od granicy. Przemoczony melduję się w recepcji. Negocjacje kończą się także dachem dla Vulcana. Przy przestawianiu mały wypadek parkingowy. Ja leżę, motocykl na mojej nodze, ból jak cholera. Recepcjonista rwie sprzęt do pionu. Sprawdzam stopę, rusza i jakby mniej boli. Dostaję woreczki z lodem na okłady. Trochę było tego jak na jeden dzień. Idę spać.

20190922 085251 20190922 085420 20190922 085709 20190922 090624 20190922 110451

Dzień 3 (23.09)

Noga spuchnięta ale pogoda piękna. Słońce. Szukam szpitala. Jest tylko kilka km od ostatniego noclegu. Ochroniarz z bramy prowadzi mnie na izbę przyjęć. Cofam się o kilkadziesiąt lat. Wyposażenie lata 60-70. Rejestracja w zeszycie w kratkę, brak komputerów. Pielęgniarki oglądają paszport na wszystkie strony (pierwszy obcokrajowiec w tym szpitalu). Nie są zainteresowane moim ubezpieczeniem. Ściągają lekarza w czapce większej niż mają kucharze. Nie mam śmiałości robić zdjęcia. Decyzja: RTG. Dostaję przewodniczkę i wędrujemy pomiędzy budynkami i piętrami. Zdjęcie zrobione i czekam na odbiór. „Zwiedzam” i patrzę, a oczy mało mi nie wypadły z orbit kiedy zobaczyłem jak transportuje się chorych między piętrami, nosze + 6 pielęgniarek. Dla mnie byłyby nosze + 10 pielęgniarek. Mam zdjęcie , wracam na izbę przyjęć. Ponieważ lekarz zajęty w przychodni to idziemy do niego. A tam dziki tłum. Zostaję a pielęgniarka ze zdjęciem niknie w tym tłumie. Wraca po 5 min. Wszystko ok. mam tylko kupić sobie bandaż elastyczny i maść do smarowania. Na bramie dopada mnie Ukrainiec z przejścia. Uspakajam go. Żegnamy się. Obieram kierunek na Prochorowkę. Jestem pozytywnie zaskoczony jakością lokalnych dróg. Bardzo dobry asfalt i to już od samej granicy. Na północy w okolicach M9 i M1 lokalne drogi takie jak na Ukrainie. Jazda spokojna, leniwa, trochę kręta, mały ruch i fajne widoki.

Prochorowka to park pamięci i muzea. Piękna panorama pola bitwy.

Plan na dziś to dostać się na M4 ( Moskwa – Rostów ). Przeskakuję z drogi na drogę aż na ostatnią biegnącą z Ukrainy. Noc, koleiny i tiry spowolniły moją jazdę. Pierwszy motel na M4 i wystarczy na dziś. Dostaję domek z 4 łóżkami. Najdroższy nocleg na całej trasie 180 pln. Podobno w nocy ma być przymrozek.

20190923 085920 20190923 125548 

Dzień 4 (24.09)

Rano dopiero widzę że cała stopa aż do połowy łydki sina, nawet podeszwa. Przymrozek miał być to był – 2,5 C. Szron na motocyklu. Dobra okazja do sprawdzenia grzanych manetek. Działają. Cel na dziś to gdzieś przed Biesłanem. Przed Rostowem skręcam w lewo na Władykaukaz wcześniej zaliczając 2 płatne odcinki ich „autostrady”.

Nocleg w Niewinnomysku.

20190924 063122

Dzień 4 (25.09)

Po raz pierwszy śniadanie przynoszą mi do łózka. Sprawdzam prognozę pogody na Elbrusie, śnieg i pochmurno. Ładnie będzie za kilka dni. To jadę do Gruzji bo tam ma być ok. Pakując się spotykam Rosjan (jeden nawet jeździ na Vulcanie), którzy jadą z Armenii. I tu któryś z nich zauważa dziurę w pasie napędowym. Dobry humor poszedł w pi... Kierunek Gruzja. Po drodze zajeżdżam do Biesłanu. Stojąc w sali gimnastycznej szkoły nr 1 w mam łzy w oczach. Zostawiam otwartą butelkę wody, tak upamiętnia się tu ofiary tego ataku. Drogi cały czas dobre. Przechodzę przez punkt kontrolny. Dokumenty, bramka. Takich punktów w rejonie Kaukazu jest wiele. Kilkadziesiąt km przed granicą kolejki zdezolowanych tirów z kaukaskich republik. Na granicy ruch osobowy niewielki. Odprawa szybka. I tu zaskoczenie. Wremiennyj wwoz oddaje się celnikowi i nie trzeba czekać na wykreślenie w komputerze. Po stronie gruzińskiej szybko + wykupienie ubezpieczenia (zielona karta nie działa) i w drogę. Droga kiepska i nierówna ale bez dziur. Po 20 km jakaś turystyczna miejscowość i mój nocleg. Przez booking rezerwuję w Tbilisi pokój z pięknym widokiem. Tradycyjnie kolacja piwo i spać. Rano czeka przełęcz.

20190925 131218 002 20190925 131354 20190925 131509 20190925 131937 20190925 145239

Dzień 5 (26.09)

Pogoda paskudna. Pochmurno, mgła i do tego zaczyna się mżawka. 50 km i 2,5 h, tyle potrzebne mi było by wyjechać na ciut prostą drogę. Patelnie, agrafki, przewyższenia na tych zakrętach po 2-3 m, widoczność na 5 m bo mgła, szyba podniesiona, deszcz zacina po oczach. Samochody pojawiające się znikąd i wyprzedzające. Miałem wrażenie że na piechotę byłbym szybciej. Przejechałem wreszcie przełęcz i wjechałem w dolinę rzeki, pogoda się poprawiła i mój humor także. Na tych drogach ukułem nowe hasło „patrz uważnie, krowy są wszędzie”. Miałem dużo szczęścia że nie spotkałem ich we mgle.

Jazda nawet z nawigacją po Tbilisi zapewnia dodatkowe zwiedzanie miasta. Trudno się skupić na trasie kiedy samochody atakują z każdej strony. Lokum mam w starej części miasta na wzgórzach, jednokierunkowe, kręte, wąskie i strome uliczki to dodatkowa atrakcja. W końcu udaje mi się dotrzeć do celu. Motor do garażu, bagaż do pokoju a ja na pierwszy spacer po mieście. Zejść w dół było łatwo gorzej na powrocie. Wszystkie kalorie które nabyłem w knajpie spaliłem wracając na nocleg. Siedzę na tarasie, piję piwo i podziwiam nocną panoramę miasta.

20190926 112542 20190926 181616

Dzień 6 (27.09)

Plan na najbliższe dwa dni nie przewiduje jazdy motocyklem. Za kilka złotych taksówką jadę na stare miasto. Kupuję karnet na przejazdy komunikacją miejską (metro, kolejka linowa do twierdzy). Z pod twierdzy piękny widok na miasto. Tłumy turystów mimo że po sezonie. Spacerkiem w dół po uliczkach starego miasta. Funduję sobie wycieczkę piętrowym busem po mieście z którego mogę wysiąść w określonych miejscach, pooglądać a potem wsiąść do następnego. Wysiadam i zwiedzam bazar przy dworcu kolejowym. Powierzchniowo to chyba kilkakrotnie większy niż nasz stadion Europa. Jest chyba wszystko w ilościach detalicznych jak i hurtowych. Nogi szybko wchodzą w dupę. Łapię następny autobus i wracam. Gdzieby nie spojrzeć widać samochody policyjne migające kogutami, stojące, jadące. Przez internet kupuję sobie na jutro wycieczkę poza Tbilisi. Będę miał przewodnika rosyjskojęzycznego.

20190927 105616 20190927 111130 20190927 113422 20190927 154217 20190927 160722

Dzień 7 (28.09)

Ze śniadania nici. Kiedy wychodzę na miejsce zbiórki gospodarze jeszcze śpią. Pada deszcz, w planie ma przestać padać. Mały bus kilkoro anglojęzycznych turystów + ich przewodnik i ja jeden rosyjskojęzyczny i moja prywatna przewodniczka. Pierwszy przystanek to skalne miasto, potem Gori i muzeum ojca narodów, potem stara stolica Gruzji, klasztory i monastyry. Kupuję gruziński   słodki przysmak (orzechy zalane w winogronowym syropie, nie za słodkie a dobre). Wycieczka bardzo udana tym bardziej że przewodniczka miała pod opieką tylko mnie. Rozmawialiśmy nie tylko o zabytkach i historii Gruzji. Mogę powiedzieć że dzień był bardzo udany.

20190928 113512 20190928 113902 20190928 113913 20190928 115455 20190928 152801 20190928 164454 20190928 152942 20190928 174848

Dzień 8 (29.09)

Znowu ze śniadania nici. Gospodarze jeszcze śpią. Korzystam że jest niedziela i wczesna pora to bez problemów wyjeżdżam z miasta. Pogoda- słoneczne i ciepło, kierunek Rosja a konkretnie gdzie to się okaże później że „zgodnie z planem”. Po drodze na prośbę małżonki i Bociana kupuję na straganie przy drodze 5 l wina do podziału. Za ostatnie lari jem śniadanie, smaczny biały ser z chlebem. Przy dobrej pogodzie jazda powrotna przez przełęcz to pikuś. A jakie widoki. Nie pisałem o tunelach których jest trochę po drodze z dziurawym asfaltem i kiepskimi światłami mojego motocykla. Parę dziur zaliczone. Na granicy pusto i szybko. Tak dobrze mi się jechało że zgodnie z planem dojechałem pod Elbrus na 2500m . Kolacja i piwo 5642. Dzień zakończony. Jutro zdobywam Elbrus.

20190929 111156 20190929 111200 20190929 114137 20190929 160157 20190929 173109

Dzień 9 (30.09)

jednym z pierwszych kursów kolejki jadę pod szczyt. W wagoniku jedzie ze mną para z Dagestanu i pani do pracy. Pani opowiada o tym co mijamy po drodze i ofiarach które są mimo pory roku. Po przesiadce dojeżdżam na 3900. Słońce, zimno, wietrznie, podejście 20 m powyżej linii kontenerów i magazynów wykończyło mnie. Widoki wspaniałe. Czyste powietrze. Choć do szczytu zabrakło mi „paru metrów” to i tak warto było. Jadę dalej. Droga bardzo dobra z pięknymi widokami i łagodnymi zakrętami. Władykaukaz, Biesłan mijam bokiem potem Armawir gdzie nocuję. Miasto leży tuż przy głównej drodze ale nawigacja na 20 km przed celem każe jechać w bok na boczną drogę i tak jadę przez wioski, osady. Czy krócej to było nie wiem ale nie miałem siły kłócić się z babą.

20190930 055406 20190930 100227 20190930 094224 20190930 101217 20190930 102432 20190930 122218

Dzień 10 (01.10)

Dzień zaczynam od śniadania do łóżka. Przed wjechaniem na M4 dwa razy byłem poddany kontroli na blokadach. Prosto i nudno. Z atrakcji to punkty poboru opłat. Jeden raz pani w budce kazała objechać szlaban bez opłat, było miejsce bo szlaban był krótszy. Do tej pory spotkałem po drodze 4 motocyklistów co nie jest wynikiem imponującym. Z WI-FI też jest problem nie jest w każdym barze i motelu, a jak jest to słabiutkie. A na Ukrainie drogi kiepskie ale WI-FI jest bez problemu, nawet jeżeli w części gastronomicznej stacji benzynowej nie ma to personel da hasło do prywatnej sieci. Ot taka ciekawostka. Na nocleg staję gdzieś pod Woroneżem.

Dzień 11 (02.10)

Plama pod motocyklem podnosi mi ciśnienie z rana i to bardzo. Na szczęście wystarczyło dokręcić cybant na przewodzie układu chłodzenia pod motocyklem aby mi ciśnienie wróciło do normy. Plan na dziś jest taki aby dojechać w okolice Kubinki omijając Moskwę drogą A 107. Po drodze rezerwuję pokój w miejscowości Stara Róża. Droga od kilku lat w przebudowie na dwujezdniową. Korki, objazdy, pełno tirów. Dałem radę. Melduję się na miejscu. Jest kompleks wielu budynków. Warunki super, cena jak na standard niska (116 pln za pokój dwuosobowy). Śniadanie było w cenie a kolację musiałem sobie dokupić (33,00 pln). Szwedzki stół. Pytam panią kierowniczkę o coś słodkiego bo nie mogę znaleźć nawet racucha. Prosi żebym usiadł i poczekał. Po minucie kelnerka przynosi mi na talerzyku baton MARSA!!!.

Dzień 12 (03.10)

Po śniadaniu jadę do muzeum broni pancernej w Kubince. Złomiarze bardzo by się cieszyli z takiej ilości stali. Czego to jedni nie wymyślą aby drugich zabić. Pogoda super. M1 droga na Mińsk prosta, dwie jezdnie, szeroko, spokojnie i coraz więcej samochodów z białoruską rejestracją ale są i polskie blachy. Ostatnie tankowanie w Rosji. Pogoda się psuje. Siąpi deszcz i robi się coraz zimniej. Po 50 km mój ulubiony motel. Zaopatrzenie w pobliskim sklepie, kolacja piwo i spać.

20191003 073715 002 20191003 110222 20191003 110233 20191003 110824 20191003 110833 20191003 110941 001 20191003 110953 20191003 112931 20191003 163749 20191003 164019

Dzień 13 (04.10)

Do domu bliżej coraz bliżej. Droga monotonna, nudna i kiepska aż do rozjazdu Grodno Wilno. Potem aż do granicy monotonna, nudna i bardzo dobra. Za Lidą zajeżdżam do Starych Wasyliszek do Czesia Niemena. Na granicy spotykam Białorusinów Panoramę i Salonego, jadą na Kongres. Melduję się w hotelu w Białymstoku. Trochę okrężną drogą ale dojechałem na Kongres.

20191004 141218 20191004 141420

Dzień 14 (05.10)

Poranny wyjazd na miejsce Kongresu. Krótki pobyt i powrót do Warszawy. Wszystko przebiegało zgodnie z planem.

Podsumowanie

Przebieg: 7.280 km.

    2020  Motopodróże Maćka