logotype

2013: Warszawa - Kaliningrad - Ryga - Tallin - Narwa - Sankt Petersburg - w.Sołowieckie - Murmańsk - Nortkapp - Narvik - Atlantic Road - Kopenhaga - Hamburg - Poznań - Warszawa

 


Wyświetl większą mapę

OLDTIMEREM DOOKOŁA BAŁTYKU 2013 


 Po zeszłorocznej wycieczce na Syberię bardzo wzrósł mi apetyt na dłuższe wyprawy Wojownikiem. Zamarzyłem objechać dookoła świat ale pomysł upadł z braku sponsorów (kryzys? słabo szukałem?). Wojownik przeszedł gruntowny przegląd. Miejsca na ramie i w stelażu bagażnika, które w zeszłym roku dały nam "popalić" zostały solidnie wzmocnione. 
 Ponieważ dwaj koledzy klubowi planowali zrealizować pętlę wokół Bałtyku to pomyślałem, że to doskonały pomysł na sezon 2013. Tak narodził się pomysł wyprawy "oldtimerem dookoła Bałtyku". Plan zakładał zwiedzanie Kaliningradu, przez mierzeję Kurońską wjechać na Litwę. Potem Łotwa z Rygą i Estonia z Tallinem i zakończyć pierwszy etap w Narwie na zlocie motocyklowym. W drugi etapie zwiedzanie Petersburga, wyspa Kizi na jeziorze Onega, wyspy Sołowieckie na morzu Białym, Murmańsk (miejsce gdzie przypłynął wojownik z USA). W trzecim etapie wjechać na Nordkapp, zobaczyć Narvik, przejechać Atlantic Road, zwiedzić Oslo i przez mosty w cieśninach duńskich wjechać do Kopenhagi, potem tylko Hamburg, Berlin i zlot H-D w Poznaniu na Malcie. Planowany czas to miesiąc i ok. 8000 km. 
 Byłem bardzo zdziwiony i zaskoczony jak mój brat Andrzej oświadczył, że pojedzie ze mną aż do Petersburga. Jeszcze nie zdarzyło mu się wyjechać na tak długo i tak daleko na motocyklu. Zobaczę czy "wytrzyma" tempo Wojownika. 
Wyjazd zaplanowałem na 15.07 (poniedziałek) a jeszcze w sobotę usuwałem wycieki oleju z silnika. Z braku czasu nie miałem okazji sprawdzić skuteczności swoich działań.

15.07 (poniedziałek)
 O 7.30 spotykam się z Andrzejem w Zegrzu i od tej pory jestem "Road Captain". Jedziemy przez Szczytno do Bartoszyc. Tu na stacji przy tankowaniu okazuje, że jedna szklanka popychacza puszcza olej. Podkładam ekstra jeszcze 2 podkładki i od teraz nie mam problemu. W Bezledach niewielka kolejka ale i tak schodzi na 2 h zanim po wypełnieniu papierków Rosjanie wpuszczają nas do obwodu. Drogi przyzwoite. Bez problemu intuicyjnie dojeżdżamy do Katedry i czekamy na Lwowicza który zadeklarował się na przewodnika motocyklowego zwiedzania miasta. Miasto niewielkie także i objazd trwał z 40 minut z zaparkowaniem pod hotelem na godziny i doby. Administratorka bardzo miła i uczynna. Za apartament płacimy 1900 rubli + 250 rubli za śniadanie. Późnym popołudniem autobusem jedziemy do centrum. A potem z buta odwiedzamy miejsca pokazywane przez Siergieja z motocykla. Dobry sposób na efektywne zwiedzanie, ogląda się wszystko co proponują miejscowi. Przy powrocie mamy problem ze znalezieniem właściwego przystanku (brak jakiejkolwiek informacji). 

16.06 (wtorek)
 Po śniadaniu w drogę. Łatwy wyjazd z miasta w stronę mierzei Kurońskiej. Przy wjeździe na mierzeję posterunek na którym trzeba uiścić opłatę ekologiczną po 35 rubli od głowy. Asfalt przyzwoity. Oglądamy skansen i podziwiamy ciekawostkę przyrodniczą "tańczący las". Za drogą drzewa rosną prosto tylko na niewielkim pnie sosen mają fantastyczne powyginane kształty, można je porównać do olbrzymich węży. Dzikie plaże piękne, czyste i puste. 
 Na granicy z Litwą spotykam motocyklistę który był na Super Rally we Wrocławiu (dopatrzył się naklejki zlotowej na Wojowniku), mamy się spotkać w Poznaniu.

Rosjanie zabierają dowód rejestracyjny bo nie podoba się data produkcji motocykla i to że nie mam żadnego pozwolenia na jazdę zabytkiem po Europie. Trwało to ze 20 minut jak po konsultacjach z naczelnikiem zostałem zwolniony z "aresztu" i mogłem wjechać do eurolandu. 
 Litwini także kasują za jazdę po mierzei - po 20 lity. Mierzeja się kończy i promem przedostajemy się do Kłajpedy. Krótki spacer i jedziemy dalej na Połągę. W kurorcie tłumy wczasowiczów nawet z Polski. Tu zaliczam glebę parkingową po której na nodze jeszcze przez kilka dni noszę ślad. Śmieję się, że Wojownik mnie kopnął. Mamy też spotkanie z policjantem na segwayu. Pod wieczór przed Lipawą na Łotwie nocujemy na campingu za 9 $ od głowy. Piwo 0,5l po 2,5$. Tanio nie jest ale wi-fi jest i warunki sanitarne ok. Plaża tu też piękna, czysta i pusta. Cały czas mamy fajną pogodę nie za gorąco i bez deszczu. 

17.07 (środa)
 Kierunek Ryga. Droga do Rygi w przebudowie i sporo wahadełek. W Rydze parkujemy w tym samym miejscu co w 2010 r. moje nogi od tego chodzenia powoli odmawiają powoli współpracy. Byłem tu 3 lata temu więc nic się tak bardzo nie zestarzało żebym musiał to oglądać. Ja siedzę a brat zwiedza i pstryka fotki. 
Wyjazd z miasta jak zwykle w szczycie trwa długo i okrężną drogą ale się udało. Po drodze obiad za 13 łat za dwóch. Bardzo smaczny. Wyjeżdżając z Łotwy za ostatnie łaty robimy zakupy czyli piwo i chleb.
Dziś nocujemy już w Estonii. Camping nad zatoką Ryską za 15 euro na dwóch. Warunki gorsze niż poprzednio. Ciekawe piwo kupiliśmy, wyrywa się całe denko puszki. Plaża także piękna, czysta i pusta.

18.07 (czwartek)
 Kierunek Tallin ale po drodze zwiedzamy miasteczko Parnu. Bajkowe i tu nas po raz pierwszy moczy deszcz. Do Tallina drogi mokre i jest okazja sprawdzić nieprzemakalne buty. Zaczynam przysypiać i zaczyna się pieczenie karku. Z tym karkiem to już prawie że norma, bywają dni ze jest ok, ale bywa też tak że trzeba stawać i się gimnastykować. Ponieważ byłem w Tallinie to ja odpoczywam i pilnuję motocykli a Andrzej biega i fotografuje. Z miasta wyjeżdżamy tradycyjnie w godzinach szczytu ale bez błądzenia wydostajemy się na autostradę w kierunku Narwy. Na obiad zatrzymujemy się "u Artura" w 2010. Mimo że teraz na uboczu, bo autostrada omija to miejsce, to mają bardzo dużo gości. Ponieważ zlot zaczyna się jutro to mamy sporo czasu i zjeżdżamy na lokalne drogi położone na klifach, czasami 1-2 metry od krawędzi. I tak trafiamy na przydomowy camping na nadmorskiej skarpie na końcu wiejskiej drogi. Standard campingu przyzwoity, pięknie położony i tradycyjnie pusta plaża. 

19.07 (piątek)
Do Narwy zostało tylko 100 kilometrów, nie ma ciśnienia na szybki wyjazd. Wyruszamy kiedy jeszcze jest słońce a potem to już na zmianę deszcz, słońce, deszcz. Po drodze zwiedzamy zamek w Rakvere z polskim epizodem.
 Do Narwy dojeżdżamy w deszczu. Na bramie lekkie zamieszanie i ścisk bo właśnie została otwarta. Wjazd 35 euro ale okazało się że uczestnicy na weteranach w ramach "classic riders Narwa" płacą tylko 10 euro i mają oddzielny ekstra strzeżony parking. Zlot odbywa się już od wielu lat na terenie zamku nad graniczną rzeką. 
Spotykamy znajomych Litwinów, Rosjan, Białorusinów i rozbijamy swój namiot w ich podobozie. Pełna integracja i nowi znajomi.
 Gwiazdą wieczoru jest zespół Smokie (stary ale jary). 
Warunki sanitarne dużo lepsze niż na zlotach na Białorusi ale klimat zlotu ten sam.

20.07 (sobota)
Oldtimery mają oddzielny program: zwiedzanie miejscowego uniwersytetu (nowoczesny budynek z dużą drewnianego wykończenia), zupa z kotła, parada, i zawody (wyścigi parami i jazda z zadaną prędkością 30 km/h - zakryte liczniki) i mnóstwo kibiców, nawet z Polski. Pogoda nas nie rozpieszcza i co chwila deszcz. Wojownik za całokształt dostał dyplom, zegarek i kilka dodatkowych gadżetów. Ponieważ sam nie chciał wjechać na podium to i ja się przy okazji załapałem.
 Telefon od Kufiego żeby zaopiekować się trójką polaków którzy samochodem przyjechali na 2 dni. Do spotkania nie doszło bo lunęło. Mimo tego los i tak nam zorganizował spotkanie. Marcin i dwie Anie, motocykliści ale samochodem. Do stołu przy którym się bawimy Wiktor przyprowadza Gienadija z Pietrozawodska który na kartce wyrysowuje moją trasę z mnóstwem punktów kontaktowych i telefonów oraz zaznacza miejsca warte odwiedzenia. Co chwila znika i przyprowadza innego motocyklistę mieszkającego w pobliżu mojej przyszłej trasy. Ale jeżeli miałbym odwiedzić wszystkich tych ludzi i znając ich gościnność to zastała by mnie zima i miałbym wyprawę na dwa sezony 2013/2014. Na jutro umawiam się z Siergiejem na wspólna jazdę do Petersburga. Dzień pełen wrażeń i mnóstwo nowych znajomych. Czy moja skleroza pozwoli mi ich wszystkich zapamiętać? Zobaczymy na trasie.

Galeria zdjęć pierwszego etapu

21.07 (niedziela)
Nie pada, świeci słońce. Zapowiada się super dzień. Żegnamy się i na granicę. Niestety aby wjechać na granicę Estończycy wymagają wykupienia na drugim krańcu miasta kwitka. Jedziemy i oczywiście kolejka. Płacimy po 1 € i grzejemy na granicę bo Siergiej czeka już po rosyjskiej stronie. Niestety kwit za 1 € uprawnia tylko do zakupu właściwego kwitka za 2 € w drugiej kolejce. Wracamy znowu na drugi koniec miasta do drugiej kasy. Przy kasach kolejki ale na granicy nikogo. Można „usprawnić” pracę służb granicznych i jeszcze zarobić. Jeżdżenie do kas i odprawy zajęły nam 3 h. mimo to Siergiej czekał.
Wojownik nadawał tępo aż do Petersburga potem objazd motocyklami miasta i pokazywanie miejsc wartych zobaczenia.
Zakupiłem jeszcze rosyjską kartę telefoniczną.
Zakwaterowaliśmy się w klubie u Nocnych Łowców. Motocykle na zewnątrz przy ruchliwej ulicy stały przez dwie noce i nic się nie stało. Widocznie klub ma „dobrą” renomę.

22.07 (poniedziałek)
Pada deszcz. Rano metrem do centrum. Szybka decyzja i pierwsza wycieczka autokarowa po centrum miasta (po 500 rubli), może przestanie padać. Faktycznie przestało i po śniadaniu w Stoławoj (bar – smacznie i tanio) fundujemy sobie następną wycieczkę ale tym razem tramwajem wodnym (po 600 rubli). Podziwiamy miasto od strony kanałów i Newy. Warto było. Pod niektórymi mostami trzeba schylić głowy. Na kanałach w niektórych miejscach tłoczno od stateczków, motorówek i tramwajów wodnych (cóż Wenecja Północy). Jeszcze odwiedzamy pieszo to co widzieliśmy z autobusu i tramwaju wodnego. Na koniec odwiedzamy dworzec Finlandzki na który Niemcy podrzucili Lenina oraz plac przed dworcem z pomnikiem przywódcy proletariatu.

23.07 (wtorek)
Rano szybkie pakowanie i wyjazd z miasta (udało się przed porannym szczytem). Z Andrzejem żegnam się na obwodnicy, on jedzie na Psków a ja na Murmańsk. Pogoda i droga ok. do Murmańska 1400 km. Szosa prowadzi na azymut omijając wsie i miasta, czasami nawet kilkadziesiąt kilometrów. W związku z tym stacje benzynowe są czasami co 100 km. (na Syberii regularnie co 50 km lub częściej). Nauka kosztowała mnie uzupełnianie paliwa z kanistra.
Na 50 km przed Pietrozawodskiem dzwonię do Zachara. Mam zjechać z obwodnicy i czekać pod tablicą z nazwa miasta. Po kilkunastu kilometrach w lusterku widzę duży biały samochód który nie ma zamiaru mnie wyprzedzić. Ja wolno to i on wolno, ja szybko to i on szybko. Wyprzedził mnie dopiero jak skręciłem w kierunku miasta, zatrzymał się i kiedy go minąłem ruszył za mną. Mafia? Tuz przed miastem znowu mnie wyprzedził i zatrzymał się na poboczu. Skoczyło mi ciśnienie. Był to Zachar, który wyjechał na spotkanie. Dalej to jak zawsze, Wojownik do garażu, a my na przejażdżkę po mieście i do kas po bilet (2300 rubli) na jutrzejszą wycieczkę do skansenu karelskiego budownictwa na wyspę Kizi na jeziorze Onega. Ulice w mieście fatalne.
Gospodarze mają pięknego kota wielkości psa. Kolacja i spać.

24.07 (środa)
Rano gospodarz odwozi mnie do portu. Dwie godziny trwa rejs wodolotem na wyspę. To co tam zobaczyłem zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Kunszt i cierpliwość rzemieślników podziwiajcie na zdjęciach. Na Syberii domy są kolorowe a tu tylko surowe drewno. I tam i tu piękne.
Po powrocie Zachar proponuje pranie rzeczy które mam na sobie. Oponuję że nie wyschną do rana, na co słyszę że wyschną i koniec dyskusji. Z tego wszystkiego zapomniałem wyjąć ruble z kieszeni, jak sobie o tym przypomniałem już się suszyły wyprane i lekko przebarwione.
Dobranoc.

25.07 (czwartek)
Rano wstaję i słyszę jak szczeka wali w podłogę, Zachar prasuje moje majtki, miały być suche to są suche. Na dodatek w spodniach najważniejszy guzik się urwał. Tym razem ja przyszywam a Zachar prasuje resztę mojej garderoby. Pytanie czy w Polsce obcy facet prasował by moje majtki? Na pewno nie ale w Rosji wszystko jest możliwe. To jest jeszcze jeden dowód na to że warto tam jeździć.
Pochmurno. Co jakiś czas zakładam i zdejmuję przeciwdeszczowe wdzianko.
Korzystam z okazji i przy pomocy miejscowego bajkera czekającego na rogatkach miasta Miedwidiżgorsk jedziemy do lasu w Sandarmoż gdzie NKWD rozstrzeliwało przedstawicieli wszystkich narodów ZSRR. Pomniki stawiane przez rodziny pomordowanych mają symbole wszystkich religii oraz napisy w różnych językach. Nie widać aby władza cokolwiek robiła aby miejsce to upamiętnić. Dojechaliśmy jeszcze do kanału Białomorskiego.
W czasie kolejnego zakładania przeciw deszczówek dogania mnie polak na rowerze w drodze do Białomorska. Polacy są wszędzie. Nosi nas po świecie.
Wieczorem dojeżdżam do Kiem skąd jutro rano popłynę na wyspy Sołowieckie.
Motocykl parkuje w garażu klubu Karelskich Pająków. Jest to miejsce w połowie drogo między Murmańskiem i Petersburgiem i tu spotykają się ekipy jadące z północy na południe i południa na północ. Oczywiście Polacy także nocowali u tych gościnnych bajkerów. Między innymi twardziele z Gdańska co w lutym 2012 r. jechali do Murmańska oraz motocykliści z Rajdu Katyńskiego.
Śpię u Jurija co ma kota który cały czas pokazuje ludziom język.

26.07 (piątek)
Rano jadę do portu a stąd statkiem za 800 rubli w jedną stronę płynę na wyspy. Statek pełen turystów, głównie z Rosji. Wyspy to popularne miejsce pieszych i rowerowych wycieczek. Za statkiem fruwa sporo mew widać że przyzwyczajone do turystów, nawet jedzą z ręki.
Po ok. trzech godzinach z daleka widać główną cerkiew z chramem otoczoną murami i wieżami obronnymi. Robi wrażenie. Odbudową tego zabytku kierują mnisi.
Korzystam z busa wycieczkowego za 800 rubli i zwiedzam wyspę. Z kwitnącego przedsiębiorstwa jakie stworzyli mnisi (szklarnie, hodowla bydła, ryb, zbieractwo miodu i runa leśnego) z kanałami łączącymi gospodarstwa i wodną elektrownią bolszewicy zrobili łagry i zrujnowali w ciągu kilku lat kilkusetletnią pracę tysięcy ludzi. Współczesna władza nie eksponuje za bardzo „osiągnięć” bolszewików.
Przewodnik opowiada nie tylko historię „za cara” ale także „za bolszewików”
Wycieczka udana. Polecam.
Tym razem u Jurija nocuje kilkunastu motocyklistów. Oba garaże zapchane na maksa.

27.07 (sobota)
Pamiątkowe zdjęcia i czas się żegnać. Jeszcze tankowanie bo następna stacja za 160 km to jest na granicy zasięgu zbiornika głównego.
Silnik na wolnych obrotach zaczyna przerywać i gasnąć. Nie wiem dlaczego, wszystko sprawdzone, powinno być ok. i tak dojeżdżam do Polarnej Zori (miasto elektrowni atomowej). O dziwo dobry asfalt. Mają hojnego sponsora. Kwateruję u Saszy. I tu w garażu eureka, znalazłem przyczynę nierównej pracy silnika. W niewidocznym miejscu kabel wysokiego napięcia opadł na głowice i zrobił zwarcie. Huston mamy problem. GWtech. Radzi szukać cewki od urala. Problemem jest weekend i ludzie powyjeżdżali z miasta. Cewka ma być jutro.

28.07 (niedziela)
Gospodarz poszedł do pracy na noc i nie zostawił kluczy do garażu. W atomowej elektrowni komórek się nie nosi i kontaktu brak. Czekam bezproduktywnie do 15. Klucze są, cewka też tylko specjalisty brak (cewka nie ma oznaczeń biegunów, mam 50% że spalę i tę). Decyduję się jechać do Murmańska tam mi podłączą cewkę.
Przy rozjeździe na Apatyty czeka człowiek który remontuje wla i jest ciekaw mojego Wojownika.
Na spotkanie wyjeżdża Roma i prowadzi mnie do siebie i garażu gdzie podłącza mi nową cewkę, zabezpieczając ją przed wodą plastykową butelka w kolorze zielonym (kolor wojskowy-estetyka)
Gospodarze z gośćmi grają w karty do 3 w „nocy” a ja idę spać.

29.07 (poniedziałek)
Rano przed pracą Romy objeżdżamy Murmańsk. Pomnik „Aloszy”, port, pomnik marynarzy Kurska.
Niestety nagrzany silnik przerywa na wolnych obrotach. Może trzeba wymienić kable wysokiego napięcia, ale to dopiero w Zapolarnym. Może pomoże Andriej.
Szef największego klubu na północy Rosji jeździ na vulcanie jak większość tutejszych bajkerów. Nawet tu jest dwulitrówka. Ja się odżywiam a Rosjanie wymieniają kable, dorabiają klucz do świec, bo w zapasie miałem świece o innym sześciokącie. Potem pogawędka i zostań do jutra, będzie impreza a ja swoje, droga i przygoda czeka. Jak znam Rosjan nie wyjechał bym ani jutro ani pojutrze.
Mijam ciekawy widok, góra z napisem HOLLYWOOD. Chwilowo byłem w USA. Kiedy robie foto zatrzymuje się auto. Kierowca zadaje standardowe pytanie czy nie potrzebuję pomocy. A potem stwierdza że mnie widział wielokrotnie na szosie od Petersburga i na koniec życzy szczęśliwej drogi.
Ostatnie tankowanie w Niklu i ciekawscy Norwegowie na zakupach.
Dojazd do granicy to kilkunastokilometrowa zamknięta zona. Celnicy zaglądają wszędzie, bagaże, skrzynki, sakwy szukając broni i narkotyków.
Norwegom wszystko wisi i powiewa.
Znowu deszcz. Wjeżdżam do Norwegii spodziewając się super dróg i tu rozczarowanie po kilku kilometrach dobrej drogi, bo po remoncie, wjeżdżam na frezowania, garby, uskoki i koleiny. Czy to tylko chwilowe?
 Znowu silnik zaczyna kuleć. Na pierwszej stacji paliwa robię regulacje zaworów. Ruch na drodze prawie zerowy, deszcz przestał padać. Silnik pracuje równo, widno. Przez chwilę miałem pomysł żeby jechać non stop. Na rozum idę spać o trzeciej w „nocy” i 200 km przed Nordkapp-em.

Galeria zdjęć etapu drugiego

30.07 (wtorek)
Znowu spotykam tych samych Niemców (3 raz, 2 razy w Rosji-oni już wracają z Nordkappu). Znowu silnik kuleje aż skutecznie gaśnie kiedy zatrzymałem się przy stojącym na poboczu motocykliście (odpoczywał). Z trudem odpala ale tylko na jednym cylindrze. Jeszcze czegoś takiego Wojownik mi nie robił. Iskra i benzyna jest. Zaglądam pod szklanki popychaczy zaworów. Huston mamy problem, zawór wydechowy tylnego cylindra stoi. Wychodzi wojownikowi bokiem nierówna praca silnika. W czasie 10 godzinnej próby uruchomienia zawory przez świecę i kolektor wydechowy zatrzymały się tylko trzy ekipy na motorach (włosi i finowie), dwa kampery i jeden rowerzysta. W tym czasie minęło mnie setki motocyklistów i innych turystów nie wykazując żadnego zainteresowania dlaczego stoję. Niestety nie mam klucza 14-15 łamanego by móc odkręcić głowicę. Dzwonie do brata, ten do syna, ten do h-d club Norwegia w Oslo, ci do swojego przedstawiciela na północy (który jest w Turcji na wakacjach), ten do znajomego właściciela warsztatu samochodowego oddalonego ode mnie o 30 km który przyjeżdża po mnie lawetą. Trwało to 2 godziny. Jeszcze 3 godziny w warsztacie i pełen sukces. Trzecia w „nocy” i mogę jechać dalej czyli do najbliższego parkingu na nocleg, bo wyszła mgła a przede mną góry i tylko 30 km do Nordkappu. Kiedy naprawiałem Wojownika trafił się „miejscowy’ polak, który przeprowadził się parę lat temu do Norwegii. Polacy są wszędzie.

31.07 (środa)
Piękna pogoda utrzymuje się nadal. Szybkie pakowanie i jadę zdobywać przylądek. Piękne widoki. Fiordy, góry. Dojeżdżam do celu a tu bramki jak na autostradzie i trzeba płacić 255 norweskich koron. Nic ciekawego za bramkami, widoki takie sobie, ale sporo ludzi i widać że „reklama dźwignią handlu” robi swoje. Zrobić kilka kilometrów tuneli tylko dla garstki mieszkańców chyba nie opłacało by się. Naklejka Vulcanerii jest i to potwierdza że Nasi już tu byli. Spadam do domu. Droga nic się nie poprawia. Cały czas wałczę z frezowanym asfaltem, koleinami, garbami poprzecznymi. Wojownik na wysokich obrotach pracuje normalni a na niskich wypada co jakiś czas jeden cylinder. Jazda z czymś takim po górach to zarzynanie Wojownika. Aż serce mi się kraje jak muszę piłować pod górki na jedynce (byle miał wysokie obroty). Na parkingu robię sobie postój na śniadanio-obiad, oraz dalszy ciąg prac na usunięciem przyczyny nierównej pracy silnika. Tu spotykam Słowaków którzy przez Nordkapp jada do Rosji (moja trasa tylko w odwrotną stronę). Sugeruję co warto zobaczyć po drodze. Romek w rozmowie sugeruje mi bym sprawdził następne punkty i wykonał regulacje. Likwiduję równoległe połączenie cewek, wymieniam kable wysokiego napięcia na stare motocyklowe, reguluje zawory. Zobaczymy czy to pomoże. Kierunek Narwik. Ujechałem kilkaset metrów, prędkość nie większa jak 50 km/h gdy koleiny i frezowania wyrzuciły mnie na przeciwny pas drogi, potem ustawiło motor prostopadle do osi jezdni, potem już tylko jedyna słuszna decyzja kładę motor. I było bęc. Leżę i nie mogę oddychać, głębszy oddech powoduje potworny ból z prawej strony klatki piersiowej. Gdyby to była zwykła gleba to wstałbym, otrzepał się wsiadł na motor i pojechał dalej. Niestety torbę z aparatami miałem przewieszoną przez ramię, która wisiała mi na prawym boku, by szybko i łatwo można robić foto otaczającej przyrody. I to był duży błąd. Na przyszłość trzeba znaleźć inne dogodne i łatwo dostępne miejsce na sprzęt foto !!!!!! Nagle zaczyna się ruch na szosie ,zatrzymują się samochody zabezpieczając moje miejsce wylegiwania się (linia środkowa), ktoś kieruje ruchem wokół mojej osoby, ktoś stawia motor na poboczu, ktoś zdejmuje kask i przykrywa kocem, ktoś zbiera rozsypane moje graty, ktoś bada kończyny i głowę, ktoś cały czas trzyma mnie za rękę i gada ze mną o „dupie Maryny” bym tylko nie zamykał oczu. A mnie zrobiło się ciepło i oczy same się zamykały. Ile leżałem? Może z godzinę zanim nadjechała karetka z damską ekipą. Nic delikatności. Szybko do karetki i w drogę, nie zdążyłem pożegnać się z Wojownikiem a o spojrzeniu na niego nie było nawet mowy. Myślałem ze karetki mają jakieś specjalne zawieszenie, byłem w bardzo dużym błędzie. 80 kilometrów trzęsło niemiłosiernie, tak bardzo że w pewnym momencie wózek z noszami zerwał się ze smyczy i dalej jeździć po karetce. W szpitalu tak jak w „ostrym dyżurze”, ty na wózku a wokół ciebie trzech lekarzy i pięć pielęgniarek, które w tej samej chwili ściągają ze mnie ubranie kiedy każda ciągnie w swoja stronę, mało efektywna i bolesna operacja Przy butach mało nie urwały mi stóp, chciały zdjąć je bez odpinania suwaków. Diagnoza trzy żebra połamane z przemieszczeniem i odma. Będą zakładać dren. Na środkach przeciwbólowych kończę ten feralny dzień z rurą w boku.

01.08 (czwartek)
Posiłki w szpitalu super: łosoś, krewetki, wędliny, sery, soki, warzywa, kawa, herbata. Obsługa tez super. Jak jedna pielęgniarka wychodzi to wchodzi pielęgniarz i tak non stop. Widać że mają mało pacjentów i się nudzą. Z ojomu wiozą mnie do sali z 4 łóżkami. Jestem sam + 3 puste łóżka. Mam wizytę policji i wywiad na okoliczność wypadku. Tłumacz siedzi po drugiej stronie słuchawki telefonu, później okazało się że to była „zabawa w głuchy telefon”. Cały czas upierali się że przyczyną gleby była gwałtowne ujście powietrza z przedniego koła. Nie wiem czy moje wyjaśnienie dotarło do nich. Dzwonię do brata, Jacka sekretarza klubowego, Michała, i Bociana z informacją o moich problemach. Byłem bardzo zaskoczony czasem reakcji. Klub był najszybszy z propozycją transportu do kraju. Michał spóźnił się o godzinę. A międzynarodowa (rosyjsko-litewska) grupa Bociana parę minut po Michale. Wniosek jest tylko jeden – prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Wersja oficjalna dla rodziny - awaria Wojownika, której nie mogę usunąć, czekam na transport z Polski.

02.08 (piątek)
Dziś dzwonię do ubezpieczyciela (PZU), zgłaszam wypadek i miejsce gdzie leżę. Hammerfest największe miasto (odpowiednik naszego powiatowego) na północy Norwegii. Nie minęły 2 godziny jak zostałem przewieziony do jedynki z TV i z WC Będą jeszcze raz zakładać dren, poprzedni kiepsko pracuje. Dwóch lekarzy i trzy pielęgniarki a pacjent tylko jeden. Potem rtg kontrolnie. Po 2 godzinach kiedy znieczulenie przestaje działać wpada jeden lekarz i jedna pielęgniarka i prawie na żywca wkładają nowy bo poprzedni zabieg się nie udał. I znowu na rtg.

03.08 (sobota)
Niestety w moim przypadku do czterech razy sztuka. Jeszcze jedna wizyta na sali zabiegowej ale teraz oprócz personelu jest mobilny rtg. Czy nie można było od razu tak zrobić? We wtorek mają wyjąć dren i będę w końcu mobilny, bez rurek, stojaków.

04.08 (niedziela)
Nuda.

05.08 (poniedziałek)
Nuda.

06.08 (wtorek)
Wyjmują dreny. Przeprowadzka na sale ogólną (4 łóżka).

07.08 (środa)
Nuda. Mogę jechać. Szpital zgadza się na to że u nich zaczekam na ekipę ratunkową.

08.08 (czwartek)
Czekam i się nudzę.

09.08 (piątek)
Nadszedł w końcu długo oczekiwany dzień, dzień przybycia ekipy ratunkowej. Ja już od rana ubrany i spakowany czekam. Wypis dostałem napisany po angielsku. W końcu są. Trochę błądzą zanim z pomocą przewodnika docierają pod szpital. Nareszcie znajome gęby. Jeszcze próbuję wziąć z policji raport z mojego wypadku ale 0 15.00 u nich to już weekend i na służbie pozostała tylko recepcjonistka która nic nie wie ale przekaże prośbę „wyżej” i najwyżej przęślą mi pocztą lub mogę zaczekać do poniedziałku – nie mogę. (do tej pory czyli do 1.10.2013 nie przysłali). W takim razie jedziemy po Wojownika. Wpierw trzeba zapłacić za holowanie i przechowanie w przeliczeniu 1.500,00 pln. Motor stoi pod dachem ,bez powietrza w przednim kole i bez kropli benzyny w baku (wyciekła bo zaciął się pływak w gaźniku a nie wiedzieli gdzie jest kranik). Próbujemy bezskutecznie napompować koło, prawdopodobnie zerwał się wentyl. Kierowca holownika pomaga załadować motor do Scudo. Wojownik pięknie parkuje w środku i jest nawet miejsce dla mnie. Namawiam ekipę na wycieczkę na Nordkapp. Na oglądanie globusa decyduje się Andy (tanio nie jest). W drodze powrotnej w pierwszym tunelu za kierownicą prawie zasypia Karol. Nie wiele spali przez ostanie 48 godzin. Moje żebra mówią czas na odpoczynek i nocleg. Kwaterujemy w drewnianym domku „full wypas”.

10.08 (sobota)
Kierunek na miejsce mojej gleby. Szukam miejsca gdzie przyziemiłem i robie zdjęcia „wspaniałej” norweskiej drogi. Jedziemy na Narwik. Przyrody to możemy zazdrościć, jest co podziwiać. W Narwiku już widać pory dnia. Noc zapada na chwilę. Odwiedzamy cmentarz na których spoczywają polscy żołnierze z czasów kampanii norweskiej 1940 roku. Kierunek Szwecja. I tu w pierwszym miejscu gdzie recepcja pracuje nocą kwaterujemy. Okazuje się ze to ośrodek turystyczny w szwedzkim parku narodowym.

11.08 (niedziela)
Śniadania, obiady i kolacje robimy we własnym zakresie z tego co przywiozła ekipa i co w bagażach ma Wojownik. Czasami wychodzi z tego niezły miszmasz. Kiruna i znowu przekraczamy koło podbiegunowe. Drogi tu też nie za rewelacyjne. Od razu widać że Norwegia to bogatszy od Szwecji kraj. Domostwa, samochody nie „święcą” nowością, ale tu i tam bardzo czysto. Przy głównych drogach moteli, hoteli i barów bardzo mało i na dodatek nie pracują w nocy. Dlatego mieliśmy problem ze znalezieniem ostatniego noclegu. Udało się dzięki Andiemu bo wypatrzył otwarte drzwi na zapleczu i dorwał właściciela w kuchni i mięliśmy spanie.

12.08 (poniedziałek)
Do przystani promowej docieramy na spokojnie i na luzie. Nasza kajuta bez okien. Kiepskie uczucie nie mieć okien. Tak miałem na Syberii ale udało się zamienić na pokój z malutkim okienkiem przy suficie. 19 godzin nudy.

13.08 (środa)
Nie ma to jak w Polsce. Drogi dobre a czasami doskonałe. Odwiedzamy Zombiego. Warszawa, wojownik do garażu a ja do domu. Nie tak miała zakończyć się moja wycieczka Dziękuję Vulcanerii, Andrzejowi i Karolowi za zorganizowanie i realizację bezpiecznego powrotu do domu. Dziękuję również ekipom zapasowym za chęć przywiezienia mnie do domu. Wielkie dzięki.

Galeria zdjęć etapu trzeciego

    2017  Motopodróże Maćka